Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 maja 2014

Trough the Barricades V

Alleluja!
Tak, to ja i owszem, to kolejny rozdział TtB! Nie wiem czy ktoś z Was ucieszy się na widok tego posta ale wiem, że mnie wprawia on w ogromną radość, bo oznacza to, że jeszcze potrafię pisać! Czy wracam do łask (po raz kolejny)? Nie wiem. Czy to początek mojej twórczej aktywności? Tego też nie wiem ale mam nadzieję, że ten rozdział pociągnie za sobą kolejne, a nie będzie, jak zazwyczaj, tylko małą iskierką, która zaraz gaśnie. W każdym razie życzę Wam przyjemnej lektury i do poczytania! :)

* * *


Eliksiry były jednym z niewielu przedmiotów, które Ślizgoni mieli razem z Gryfonami. McGonagall wiedziała, że oba te domy na jednych zajęciach to dość niefortunne połączenie, a w przeciwieństwie do Dumbledore'a wolała unikać niepotrzebnych konfliktów. Jednak niemożliwym było zupełne odizolowanie ich od siebie. Właśnie na tych zajęciach Blaise Zabini po raz pierwszy w życiu poczuł się zagubiony, kiedy profesor Slughorn oznajmił, że od tej pory, do końca roku szkolnego, będą pracować w parach. Blaise zawsze lubił zajęcia grupowe, szczególnie z eliksirów, jednak kiedy Pansy oznajmiła, że zaklepuje sobie Draco przestał je lubić w trybie natychmiastowym. Zabini lubił też zdobywać dobre stopnie z eliksirów więc kiedy jedynymi Ślizgonami bez pary okazali się być Goyle i Greengrass, nie bacząc na wierność należną swojemu domowi i podejrzliwe spojrzenia Dracona rozejrzał się po drugiej części sali gdzie kotłowali się Gryfoni. Na jego celowniku znalazła się Granger, która jednak już żywo dyskutowała z Parvati Patil. Kolejnym całkiem inteligentnym Gryfonem na jego liście był Dean Thomas, który właśnie przed chwilą uśmiechnął się do Longbottoma, wskazując na swój kociołek. Najwyraźniej uważał to za bezpieczniejsze niż całoroczna współpraca ze swoim wybuchowym przyjacielem. Potter oczywiście był w parze z Weasley'em a to skutkowało iż jedynym Gryfonem bez pary stał się Seamus Finnigan, który oparty biodrem o stolik, zerkał niepewnie na Slughorna. Oczywistym było, że sam nigdy nie podejdzie do żadnego ze Ślizgonów. Blaise przełknął głośno ślinę, sięgnął po swoje książki i ruszył w stronę szatyna, którego niebieskie oczy śledziły go uważnie. Blaise nie wierzył, że to robi. Nie dość, że było to zupełnie sprzeczne z zasadami domu Slytherina to jeszcze zupełnie mu to nie odpowiadało. Cały czas pamiętał, jakby to było wczoraj, jak na czwartym roku obiecywał sobie, że nigdy więcej nie będzie w parze z Finniganem. Nie, nie chodziło tutaj o jego nieokiełznane umiejętności do eksplozji wszelakich magicznych eliksirów ale o to, że jego błękitne oczy zawsze robiły coś takiego, że Blaise eksplodował wewnątrz. Pamiętał każdy najmniejszy szczegół tego przeklętego uczucia, kiedy Seamus przez przypadek dotknął jego ręki. Już wtedy Blaise obiecał sobie, że nigdy więcej nie pozwoli sobie na zrobienie czegokolwiek aby znów to poczuć a jednak teraz... teraz podszedł do Finnigana, czując jak jego serce przyśpiesza a wnętrzności skręcają się, powodując naprzemienne uczucie ciężkości i lekkości.
- Mogę współpracować z tobą? - Zapytał, stając naprzeciwko Gryfona. Seamus przeszył go uważnym spojrzeniem, jakby zastanawiając się czy czegoś nie knuje po czym wzruszył ramionami.
- Lepszy ty niż Goyle - podsumował a jego usta wykrzywiły się w kpiącym uśmieszku. Blaise przytaknął ruchem głowy, odkładając książki na stolik. Finnigan zerknął na tablicę i nic nie mówiąc podszedł do gabloty ze składnikami. Blaise odetchnął, czując częściową ulgę. Włączył palnik pod kociołkiem i rozejrzał się po klasie. Gryfoni zupełnie pochłonięci swoją pracą ignorowali go już zupełnie, nawet Dean, który wcześniej zerkał na niego dziwnie. Jednak Ślizgoni... Pansy wpatrywała się w niego uporczywie, podczas gdy Draco dokładnie analizował przepis eliksiru a Goyle posyłał mu pytające spojrzenia, niepewnie wykonując polecenia Dafne Greengrass. Nie żeby miał wyrzuty sumienia, jednak czuł się dziwnie mimo iż był pewien, że go zrozumieją.
- Pewnie podzielasz moje zdanie, że lepiej będzie jeśli ty będziesz tutaj dowodził. - Seamus odłożył składniki na deskę obok kociołka i spojrzał na Blaise'a radosnymi oczami, powodując pierwszą, małą eksplozję we wnętrzu Ślizgona.
- Tak, wolałbym uniknąć niepotrzebnych eksplozji - odparł cicho, odrywając spojrzenie od oczu Gryfona. Dokładnie obejrzał przyniesione składniki, zerkając na przepis w książce. Już na pierwszym roku zauważył, że Gryfoni nigdy tego nie robią, wrzucając do kociołków co popadnie. - Mógłbyś przynieść inne korzenie stokrotek? - Zapytał, krótko zerkając na Finnigana, który przyglądał mu się z zainteresowaniem. - Te są zbyt przesuszone - wyjaśnił na co Seamus przytaknął i ruszył do gabloty.
- Te mogą być? - Zapytał po chwili, podsuwając Ślizgonowi korzonki. Blaise przytaknął, znów zerkając na Finnigana. Nie mógł oprzeć się przyglądaniu delikatnym piegom, które zdobiły jego nos i policzki.
- Posiekaj je drobno - polecił, sięgając po figi. Sprawnie pokroił je w plastry, wrzucił do kociołka i zamieszał powoli. Seamus przez chwilę kontemplował drobne korzonki, kładąc je na desce i sięgając po nożyk. Współpracując z Hermioną przekonał się, że jego siekanie zawsze jest zbyt drobne lub wręcz przeciwnie. Niestety, jak twierdziła Granger, nie posiadał odpowiedniego wyczucia.
- Jak drobno? - Zapytał, kiedy zauważył, że Zabini spogląda na niego wyczekująco. - Harry! - Zaśmiał się, odwracając do tyłu, kiedy na stanowisku za nimi coś niepokojąco zabulgotało.
- To Ron, przysięgam - odparł Potter, unosząc ręce do góry i obrywając w głowę od Weasley'a. Blaise powstrzymał uśmiech cisnący mu się na usta i sięgnął po korzenie.
- Tak drobno - odpowiedział, zwracając uwagę Seamusa i szybko posiekał składnik. Oczy Finnigana poszerzyły się w zdziwieniu. - Wrzuć chociaż - powiedział, przesuwając deskę w jego stronę. Już wiedział, że do końca semestru Gryfon będzie bardziej jego asystentem niż współtwórcą eliksirów.
- Proszę nie wybuchnij - szepnął Seamus, rozśmieszając Ślizgona i powoli wrzucając korzenie do bulgoczącej wody. Odczekał chwilę jednak kiedy nic się nie stało sięgnął po łyżkę i spojrzał pytająco na Blaise'a.
- Dziesięć razy w prawo - podpowiedział. Zabini nie mógł nie uśmiechnąć się kiedy przy każdym obrocie Seamus szeptał "nie wybuchaj". - Wystarczy - zatrzymał Gryfona, kiedy eliksir zrobił się pomarańczowy. Finnigan niczym oparzony odsunął się od kociołka, wyrywając cichy śmiech z ust Blaise'a.
- Ty się śmiejesz, kiedy moje życie jest zagrożone - wytknął mu Seamus i podał fiolkę z sokiem z pijawek.
- Wiesz kiedy taki eliksir może eksplodować? - Zapytał zaciekawiony Blaise, odmierzając odpowiednią ilość soku i mieszając eliksir, który teraz stał się zielonkawy.
- Nie, chociaż bardzo bym chciał. - Seamus z zamyśleniem pokiwał głową. O dziwo obecność Ślizgona zupełnie go nie drażniła. Blaise był raczej neutralny z tego co zauważył przez te kilka lat w szkole. Nigdy szczególnie się nie wyrywał, nie popisywał ani nie gnębił Gryfonów. Był zdolny i złośliwy jak każdy Ślizgon jednak na ogół trzymał się z tyłu i interweniował w ostateczności... bądź na znak Malfoy'a. - Zasadniczo wybuchają w najbardziej niespodziewanym momencie. Chociaż ostatnio zauważyłem, że wywar żywej śmierci zawsze wybucha kiedy dodaję korzeń waleriany a eliksir euforii nie wybucha w ogóle chyba, że dodam mięty - podzielił się swoimi spostrzeżeniami, zaglądając do kociołka, którego zawartość była teraz gęsta i mocno zielona.
- Interesujące - odparł Blaise, zerkając na Seamusa. - Mógłbyś wziąć skoczyć? - Zapytał, wskazując ruchem głowy na biurko, na którym przed chwilą profesor Slughorn położył pojemniki z żywymi dżdżownicami i śledzionami szczurów. Finnigan przytaknął i wesoło podreptał w stronę biurka. Blaise obserwował jak szatyn z obrzydzoną miną sięga po największą śledzionę a potem po jedną z najdłuższych dżdżownic, która wiła się energicznie między jego palcami.
- Proszę. - Już z daleka wyciągnął do niego ręce, odwracając głowę w bok. Zabini czym prędzej wrzucił oba składniki do eliksiru i zamieszał uważnie. Jego kolor zmienił się na lekko niebieskawy. - Już? - Zapytał Seamus ciekawsko na co Blaise zaprzeczył ruchem głowy.
- Musi gotować się jeszcze chwilę aż zrobi się ciemniejszy - wyjaśnił Ślizgon i oparł się biodrem o stolik. Chwilę później Hermiona, z dumnym uśmiechem, oznajmiła, że już skończyła. Blaise kątem oka zarejestrował niezadowoloną minę Draco. Przypuszczał, że przyjaciel jeszcze będzie, żałował iż zgodził się na współpracę z Pansy.
- Myślałem, że będzie gorzej - oznajmił Seamus, przypatrując się spokojnej twarzy Blaise'a. Zabini uśmiechnął się delikatnie, zwracając ciemne oczy na twarz Gryfona.
- Ja też - przyznał po chwili. Ich spojrzenia spotkały się ze sobą, powodując że między nimi przeskoczyła dziwna iskra, wywołując we wnętrzu Blaise'a kolejną eksplozję. Oderwali od siebie oczy dopiero wtedy, kiedy Malfoy wyjątkowo głośno krzyknął, że już skończył. Zabini'emu nie umknął delikatny uśmiech Pottera, który spoglądał wtedy na Dracona.
- To już? - Zapytał Seamus, pochylając się nad kociołkiem i sięgając do łyżki. Blaise przytaknął cicho i już chciał wołać profesora Slughorna, kiedy po klasie rozniósł się, wszystkim dobrze znany, przytłumiony huk. - Nie! - Krzyknął Seamus, którego twarz była lekko granatowa. Profesor Slughorn podszedł do ich stanowiska po czym ostrożnie zajrzał do kociołka.
- Wszystko w porządku? - Blaise położył dłoń na ramieniu Gryfona i spojrzał na niego prawdopodobnie nieco zbyt troskliwym spojrzeniem.
- Nic się nie stało - zawyrokował Slughorn, przyglądając się eliksirowi. - Miejmy tylko nadzieję, że Pan Finnigan się nie skurczy - zaśmiał się i przelał ich eliksir do fiolki.
- Uf, jak dobrze - westchnął Seamus. - Wszystko w porządku, już przywykłem - odpowiedział, uśmiechając się szeroko. - Jaki kolor ma moja twarz?
- Tylko niebieski. - Blaise zaśmiał się cicho, wciąż dotykając ramienia Seamusa.
- Dobrze, nie zniósłbym gdyby po raz kolejny była różowa - odparł, rozśmieszając nie tylko Blaise'a ale i większość klasy.

* * *

Harry nie pewnie przestąpił próg domku z łódkami, rozglądając się po nieco zakurzonym wnętrzu. Przed oczami natychmiast pojawiły się wspomnienia z tamtej nocy w trakcie wojny. Wciąż widział konające ciało Snape'a pod szybą, słyszał bezduszny głos Voldemorta i nieprzyjemny syk Nagini. Żałował, że dopiero po śmierci Snape'a poznał całą prawdę. Choć z drugiej strony dobrze rozumiał dlaczego on i Dumbledore tak skrzętnie ukrywali niektóre informacje. Wbijając spojrzenie w zakurzoną, drewnianą podłogę usiadł na wielkiej skrzyni. Szum wody, który powinien być relaksujący wydał mu się dziwnie niepokojący. Nie wiedział dlaczego tu przyszedł. Chciał znaleźć sobie jakieś spokojne miejsce, w którym na chwilę mógłby odpocząć jednak nogi, jak zwykle, zaprowadziły go tam gdzie myślał najwięcej. Westchnął cicho, chowając twarz w dłoniach. Chciał aby zamknięto go w próżni albo zamrożono na kilka lat. Chciał odpocząć od myślenia, życia, problemów. Uniósł gwałtownie głowę, kiedy usłyszał ciche skrzypnięcie desek. W wejściu, z dosyć nie pewną miną, stał Ron. Wyglądał jakby zastanawiał się czy na pewno chce tu wchodzić.
- Co tutaj robisz? - Zapytał, przerywając przedłużającą się ciszę. Harry przez chwilę wpatrywał się w przyjaciela beznamiętnym spojrzeniem po czym wzruszył ramionami.
- Nie wiem, chciałem się przejść i nagle... znalazłem się tutaj - wyjaśnił cichym, zmęczonym głosem. - A ty? - Zapytał, dobrze znając odpowiedź.
- Hermiona widziała jak wychodzisz a przez to, że nic nie powiedziałeś to kazała mi iść za tobą. Wiem, że tego nie lubisz, stary, ale co ja mogę? - Westchnął Ron i wszedł do środka. Przez chwilę rozglądał się po zaniedbanym wnętrzu po czym usiadł obok przyjaciela.
- Nie szkodzi - mruknął Harry. Przywykł do tego już tak bardzo, że prawdopodobnie zaniepokoiłby się gdyby za chwilę nie przyszło tu któreś z nich.
- Wszystko ok? - Zapytał Ron, delikatnie szturchając Harry'ego w ramię. Brunet uśmiechnął się smutno i przytaknął ruchem głowy. - Miona mówiła, że nie wolno ci ufać w tej sprawie - zaśmiał się, poruszając zabawnie brwiami.
- Świetnie jest mieć tą świadomość, że przyjaciele bezgranicznie ci ufają - Harry również zażartował, czując się pewniej w towarzystwie rudzielca. - Wiesz, że w tym roku zdajemy owutemy? - Zapytał nagle tknięty tą dziwną myślą. Ron spojrzał na niego zdziwiony, mrugając w zaskoczeniu.
- Faktycznie - odparł po chwili i podparł głowę na ręce. - Zapomniałem zupełnie - mruknął nieco zmartwionym głosem. - Miona mówiła coś o nauce ale myślałem, że to jedna z tych standardowych pogadanek. - Pokiwał głową jakby sam do siebie a Harry bezwiednie powtórzył ten gest. - Ty wiesz w ogóle z czego chcesz zdawać? - Zapytał, podrywając głowę.
- Nie mam pojęcia. Na pewno z obrony przed czarną magią, transmutacji i... może z zaklęć - odparł naprędce. - W zasadzie owutemy nie są mi potrzebne - mruknął zamyślony. Ron spojrzał na niego podejrzliwie po czym przytaknął. Harry zdał już potrzebne SUMy do zostania aurorem, więc nie musiał podchodzić do tego egzaminu.
- To... będziesz zdawał? - Zapytał Ron. W jego głowie nagle wykiełkowała myśl, że nie ma pojęcia co chce robić po szkole.
- Chyba nie. Jeszcze pomyślę. - Harry wzruszył ramionami, nieco nie przytomnym wzrokiem wodząc za kłębami pary wydobywającymi się z jego ust. - A ty?
- Nie wiem. Zapytam Freda i Georga czy mógłbym im pomóc w sklepie a potem... potem pomyślę - odparł po dłużej chwili milczenia. To było chyba najlepsze rozwiązanie. - Ale... chyba pójdę się pouczyć - powiedział w końcu, zsuwając się ze skrzyni. - Ty?
- Ja chyba też. - Harry uśmiechnął się delikatnie i razem skierowali się w stronę zamku, co rusz przepychając się i obrzucając śniegiem, zupełnie nie zwracając uwagi na obserwujących ich dyskretnie Ślizgonów.

* * *

- Jak dzieci - westchnął Draco, wbijając rozbawione spojrzenie w plecy Pottera. Blaise przez chwilę wpatrywał się uważnie w jaśniejącą twarz przyjaciela po czym westchną cicho. Doskonale znał to spojrzenie i równie dobrze wiedział co ono oznacza. Ciekaw był tylko czy Dracon zdaje sobie z tego sprawę. - Co to było? - Zapytał nagle blondyn, zwracając spojrzenie w stronę Zabini'ego i przyspieszając nieco kroku. Brunet uniósł brew w niemym pytaniu. - Na eliksirach z... Finniganem - uściślił. - Wydawało mi się, że doskonale się bawiłeś. Pomijając te momenty, w których wyglądałeś jakbyś chciał zwymiotować. - Dodał, uśmiechając się złośliwie.
- Hm, nic takiego. Zwykła... współpraca - odparł Blaise, wzruszając ramionami. - Seamus jest w porządku - dodał pod naciskiem ciekawskiego spojrzenia.
- "Seamus jest w porządku", tak? - Zapytał Draco, uświadamiając przyjacielowi co takiego powiedział. Blaise z zażenowaniem zatrzymał się gwałtownie po czym ponowił marsz, ze zmieszaniem wpatrując się w przyjaciela. Obserwował jak w stalowo-szarych oczach rośnie złośliwa satysfakcja kiedy jego szyję i twarz pochłaniał gorąc, będący odwiecznym towarzyszem rumieńca. Już dawno tak bardzo nie cieszył się, że jest ciemnoskóry. - I co? Lubisz Gryfiaków? - Zapytał blondyn niby od niechcenia, spoglądając na swoje zaśnieżone buty.
- Tylko Finnigana - mruknął, odchrząkując. - A ty? Lubisz? - Zapytał, przybierając równie złośliwy ton. Uśmiechnął się z zadowoleniem, kiedy na twarzy Draco pojawiło się zdziwienie. - "Najwyraźniej Harry ma mnie za przyjaciela", co? - Draco omal nie zakrztusił się własną śliną, przypominając sobie te słowa. Kiedy poczuł, że się rumieni, odwrócił twarz w stronę zamku.
- Tylko Pottera – odwarknął po chwili Malfoy, wyrywając z ust przyjaciela krótki śmiech.
- To się nie czepiaj. - Blaise zarzucił rękę na ramiona blondyna. - Każdy z nas ma swojego ulubionego Gryfona - mruknął po chwili ciszy na co Draco spojrzał na niego nagle, ciskając z oczu gromy. – Nie rób dramy, Draco. Nic na to nie poradzisz. Ja też. A jak już obaj jesteśmy w takiej sytuacji to nie dogryzajmy sobie nawzajem, bo nic pożytecznego z tego nie wyniknie – wyjaśnił, lekko tarmosząc delikatne włosy blondyna.
- Jedna lekcja z Finniganem a już gadasz jak przeklęty Gryfon – burknął Draco, zatrzymując się na brzegu jeziora. Nieoczekiwanie przed jego oczami pojawiła się zarumieniona twarz Harry'ego oświetlona srebrnym światłem księżyca. Westchnął z irytacją, przeganiając obraz w odmęty nieświadomości.
- Oboje tak skończymy – mruknął Blaise, mrużąc oczy od nieprzyjemnego mroźnego wiatru.
- Niewątpliwie – odparł w zamyśleniu Malfoy. - Chodź do środka – bąknął po chwili, nie mogąc dłużej ignorować zimna wdzierającego się pod jego płaszcz. Przyjaciel przytaknął cicho po czym ruszyli w drogę powrotną, oboje w nieco bardziej nostalgiczncyh nastrojach.

* * *

- Zauważyłeś, że Seamus zachowuje się ostatnio trochę dziwnie? - Hermiona przeniosła bystre spojrzenie z zapatrzonego gdzieś Finnigana na, jak zwykle zapychającego sobie jedzeniem usta, Rona. Weasley ze zdziwieniem popatrzył na dziewczynę, przez dłuższą chwilę przeżuwając ogromny kęs, po czym spojrzał na przyjaciela. Seamus wydawał się być mocno nieobecny, kiedy zamglonymi oczami wpatrywał się w przeciwległą ścianę, uśmiechając się przy tym z rozmarzeniem. Ron przez moment kontemplował twarz Irlandczyka aby po chwili stwierdzić, że wcale nie wpatruje się on w bliżej nieokreślony punkt tylko w któregoś ze Ślizgonów! Rudowłosy przez chwilę błądził oczami pomiędzy mieszkańcami domu Slytherina aby stwierdzić, którym to obślizgłym wężem interesuje się Finnigan. Z jego obserwacji wynikało, że był to któryś z chłopaków z młodszego rocznika siedzący w pobliżu Zabini'ego.
- Chyba znalazł sobie nowego księcia – ocenił w końcu, na powrót spoglądając na Hermionę. Na twarzy dziewczyny pojawiło się szczere zdziwienie. Nie pewnie zerknęła na Seamusa, powiodła za jego spojrzeniem i wróciła do spokojnej twarzy Rona.
- Co to miało znaczyć? - Zapytała ostrożnie, nie chcąc zbyt dosłownie rozumieć wypowiedzi chłopaka. Ron zmarszczył brwi, odkładając widelec. Niesamowitym było to, że miał wyraźny zamiar oderwać się od jedzenia.
- Seamus jest gejem – wyjaśnił prostolinijnie i uśmiechnął się, widząc jeszcze większe zdziwienie na twarzy Hermiony. - Poważnie? Nie wiedziałaś? - Zapytał dla pewności. Granger skinęła głową, wbijając spojrzenie w Finnigana. - Jest strasznie kochliwy, wszyscy to wiedzą. Wiecznie z kimś flirtuje. Na czwartym roku podkochiwał się w Harrym ale kiedy w Proroku zaczęli wypisywać bzdury na jego temat przeszło mu... jak widać. Nie mogę uwierzyć, że nie wiedziałaś – skończył, znów zabierając się za jedzenie.
- A skąd miałam wiedzieć? Nie mieszkam z nim w jednym dormitorium – mruknęła nieco zirytowana. - I od kiedy ty jesteś taki tolerancyjny? - Zapytała nagle.
- Nie zauważyłaś, że nigdy nie zadawał się z żadną dziewczyną w... taki sposób? - Odparł Ron wszystkowiedzącym tonem. - I zawsze taki byłem. Nie przeszkadza mi, że jest gejem dopóki trzyma się z dala od moich tyłów. Po za tym Fred też jest gejem i nikt tego nie przeżywa – dodał kpiarsko.
- Fred jest gejem? - Zapytała już zupełnie zszokowana Hermiona. Ron skinął głową, zapychając sobie usta porcją tłuczonych ziemniaków. - Ten Fred? - Zapytała jeszcze raz. Brakowało jeszcze tylko trochę aby Hermiona Granger ze zdziwienia rozdziawiła usta.
- Hah, hen Fłet Hałs Łisli* – odparł zirytowany Ron z pełną buzią. Nie zdziwiłby się gdyby za chwilę Hermiona zapytała jak wymawia się zaklęcie ogłuszające. Nie rozumiał co się z nią dzisiaj dzieje.
- Nie miałam pojęcia – oznajmiła, kiedy już wpoiła sobie tą informację. Teraz nic by jej już nie zdziwiło, nawet gdyby wyrzucili ją ze szkoły. - I nie przeszkadza ci, że Seamus gustuje w Ślizgonach? - Musiała poruszyć kolejny zadziwiający temat.
- Nie, to nie moja sprawa przecież, że pakuje się w gniazdo węża. Jak się sparzy to zrozumie. Przecież wie jacy oni są – odparł Ron po czym wzdychając odsunął talerz. Dzisiejsze pytania Hermiony po prostu odbierały mu apetyt. - Poza tym może nie każdy Ślizgon taki jest – dodał cicho, wzruszając ramionami. Hermiona przez dłuższą chwilę milczała, starając się zrozumieć słowa Rona. Powoli zaczynała domyślać się jak czują się przy niej jej przyjaciele. Oczywiście, nie miała nic przeciwko temu, że jej chłopak stał się tolerancyjnym i nieszufladkującym ludzi człowiekiem, jednak nie miała pojęcia kiedy do tego doszło i dlaczego, prawdopodobnie, nie brała w tym żadnego udziału.
- Chyba masz dzisiaj zaskakująco dobry humor – stwierdziła w końcu, widząc jak Ron uśmiecha się szeroko do przechodzącego obok Deana.
- Mhm, Harry rozbawił wszystkich z samego rana – odparł ze śmiechem, przypominając sobie poranek. - Wygadywał jakieś bzdury, nakrzyczał na pierwszoroczniaka i pobiegł gdzieś na wpół ubrany – wyjaśnił pod wpływem pytającego spojrzenia, Hermiony.
- Na Merlina, gdzie on teraz jest? - Zapytała nieoczekiwanie, rozglądając się po sali. Jak mogła dopiero teraz zauważyć jego nieobecność?
- Nie wiem – bąknął Ron, rzucając Hermionie nieodgadnione spojrzenie. - I ty też nie musisz wiedzieć. Jesteśmy dorośli, Miona. Voldemorta nie ma i nie musisz się bez przerwy o niego martwić – dodał stanowczo.
- Dlaczego tak mówisz? Przecież jesteśmy przyjaciółmi...
- Tak, jesteśmy przyjaciółmi – przerwał dziewczynie rozeźlony. - Ale zrozum, że przyjaciele mają siebie wspierać, pomagać sobie kiedy jest taka potrzeba, może nawet być dla siebie jak rodzina ale nie mają pełnić funkcji niańki. Jesteśmy, Miona, dorosłymi ludźmi i każdy z nas ma swoje prywatne życie. Harry może chodzić gdzie chce, z kim chce i kiedy chce i, o dziwo, wcale nie musi ci o tym mówić. Ja rozumiem, że możesz się martwić, bo może być samotny ale, Hermiona, on doskonale wie, że nas ma i że zawsze może do nas przyjść, wygadać się czy poprosić o pomoc, tak? Doskonale rozumiałem twoje przewrażliwienie, kiedy Voldemort był, bo nie wiadomo kiedy i gdzie mógł się pojawić i nam Harry'ego ukatrupić ale teraz go już nie ma i wszyscy, absolutnie wszyscy, jesteśmy bezpieczni, włącznie z Harrym! Uważam, że nadszedł taki czas, kiedy powinnaś bardziej zająć się sobą, mną czy... nami a nie Harrym. Jasne, jest dla nas ważny, kochamy go i... naprawdę jest fantastyczny ale nie powinien być dla nas jak oczko w głowie, rozumiesz? Ja też się czasami o niego martwię, bo zawsze wpada w jakieś dziwaczne kłopoty, a przy okazji nas w nie wciąga, ale jeśli coś będzie się działo to wieżę, że nam o tym powie. - Zakończył, uderzając pięścią w stół. W Wielkiej Sali zapadła podejrzana cisza a większość oczu utkwiona była w Ronie. Hermiona już otwierała usta aby coś powiedzieć ale Ron zmarszczył wrogo brwi. - A co jeśli nam o tym nie powie? - Przewidział pytanie dziewczyny. - Jeśli nam nie powie to znaczy, że prawdopodobnie nie zagraża to jego życiu albo po prostu nie chce żebyśmy o tym wiedzieli, wiesz?! - Warknął naprawdę wściekły. Nie chciał robić Hermionie takiego wykładu, a już na pewno nie takim tonem i w takim miejscu. Jednak emocje wzięły górę i dopiero w połowie swojej tyrady odczuł to jak bardzo denerwuje go zachowanie Hermiony. Jej nadopiekuńczość, dociekliwość i ciekawość. - A poza tym podejrzewam, że Harry'ego też może nieco to denerwować tylko... taktownie ci o tym nie mówi. Poradził sobie z Voldemortem, więc przypuszczam, że z podcieraniem sobie tyłka też świetnie sobie da radę. - Nabrał głęboko powietrza, czując jak cała złość z niego ucieka. Hermiona zerkała na niego nie pewna czy ma się na Rona śmiertelnie obrazić czy podziękować za przemówienie do rozsądku? Niestety Ron miał rację. Po raz pierwszy miał cholerną rację i dopiero teraz to zrozumiała. Pomijając fakt, że po prostu była trochę wścibska i nadopiekuńcza to przede wszystkim zaniedbała Rona i ich związek, o którym szczerze trochę zapomniała.
- No proszę, więc to tylko ty, Granger, tak skaczesz przy Potterze czy to wieprzlej się buntuje? - Z drugiego końca sali, rozniósł się irytujący głos Parkinson.
- Oh, zamknij się głupi mopsie! Na twoim miejscu, z taką paszczą, nie wychodziłbym z dormitorium! - Warknął, wciąż poirytowany, Ron, wstając. Zupełnie nieoczekiwanie, większość zebranych wybuchła śmiechem, a co dziwniejsze Ślizgoni dorównywali rozbawieniem Gryfonom. Parkinson gwałtownie poderwała się z miejsca, czerwieniejąc na twarzy, z zamiarem przylania Weasley'owi, jednak Draco złapał ją za rękaw szaty, przyglądając się wszystkiemu ze znudzoną miną. Dziewczyna usiadła potulnie obok Malfoy'a a wszyscy, niczym na zawołanie, wrócili do jedzenia i rozmów.
- Skąd wyciągnąłeś takie wnioski, Ron? - Zapytała Hermiona, kiedy rudowłosy w końcu usiadł.
- Gadałem trochę z Deanem – mruknął posępnie, wracając do, zimnego już, obiadu.

* * *

Poprzedniego wieczora:

Ron nieco niepewnie usiadł na kanapie obok Deana, nie do końca wiedząc czy na pewno chce z nim o tym rozmawiać. Ciemnoskóry posłał mu pytające spojrzenie, jednak uśmiechnął się przy tym uprzejmie.
- Dean, chciałem się ciebie poradzić – powiedział cicho, oddając uśmiech. Na twarzy Thomasa wykwitło szczere zdumienie.
- Śmiało – odparł po chwili. - Jednak nie jestem pewien czy podołam – dodał, zamykając czytaną książkę.
- Bo... chciałem pogadać o tym z Harrym ale wiesz... on nie umie stwierdzić czy Ginny mu się podoba czy nie a ty jednak... wydaje mi się, że jesteś może nie lepszy ale, sam nie wiem, dojrzalszy – wyjaśnił pokrętnie. Dean przytaknął, czekając na dalszy ciąg. - Chciałem zapytać... znaczy, chciałem się poradzić... czy ja mam się oświadczyć Hermionie? - Zapytał w końcu. Dean zmarszczył brwi, nie będąc pewnym czy dobrze usłyszał.
- Wiesz, Ron – zaczął niepewnie, dokładnie dobierając słowa. - Wydaje mi się, że to zależy całkowicie od ciebie. Musisz się zastanowić czy na pewno tego chcesz, czy Hermiona by tego chciała i czy wasz związek jest na to gotowy. Musisz sobie odpowiedzieć na wiele ważnych pytań. Czy chcesz z nią spędzić resztę życia? Czy chcesz założyć rodzinę? Chcesz już czy wolisz poczekać? To dosyć trudne pytanie. Ja na twoim miejscu chyba poczekałbym do zakończenia szkoły. Znalazłbym porządną pracę, może kupił już jakiś dom i dopiero wtedy spróbował. Wydaje mi się, że to jedna z najważniejszych decyzji w naszym życiu, więc warto byłoby się dobrze przygotować na takie zmiany. - Właśnie dlatego Ron przyszedł z tym dylematem do Deana. Przyjaciel zawsze umiał racjonalnie podejść do każdego problemu, obiektywnie ocenić każdą sytuację oraz zsumować plusy i minusy. - Chociaż na twoim miejscu przede wszystkim poczekałbym aż Hermiona zacznie traktować Harry'ego jak dorosłego człowieka, który żyje własnym życiem. - Ron zmarszczył brwi, nie do końca rozumiejąc. - Nie zrozum mnie źle. Nie chcę niczego insynuować... może prócz tego, że Hermiona traktuje Harry'ego jakby był jej dzieckiem a nie przyjacielem. Po prostu wydaje mi się, że ona wciąż podchodzi do tego tak jakby na każdym kroku czyhał na niego śmierciożerca. Wydaje mi się, że po prostu jest go trochę za dużo w waszym związku i nie zrzucam tu winy ani na niego, ani na Hermionę. Moim zdaniem Harry'ego powoli zaczyna to denerwować i kiedyś po prostu może wybuchnąć. Za to Hermiona chyba zwyczajnie jest nadopiekuńcza i nie do końca nad tym panuje, jeśli w ogóle zdaje sobie z tego sprawę. Wiem, że Harry jest magnesem na problemy i powinniście czuwać nad nim trochę więcej niż nad każdym innym przyjacielem, jednak chyba powinieneś jej to uświadomić i trochę odsunąć na bok Harry'ego a zająć się związkiem, przyszłością... tym co będzie po szkole. - Dean zerknął na zamyślonego Rona. - Mam nadzieję, że wyraziłem się wystarczająco jasno – mrukną, jeszcze raz analizując swoje słowa.
- Na Merlina, a już myślałem, że to tylko ja odnoszę takie wrażenie. Dzięki, stary – Ron uśmiechnął się i z wdzięcznością poklepał przyjaciela po plecach po czym odszedł z mocnym postanowieniem porozmawiania z Hermioną.

* * *

*Tak, ten Fred Charls Weasley

poniedziałek, 11 listopada 2013

Trough the Barricades IV


Rozrywający czaszkę ból głowy nie jest tym co chce się czuć zaraz po przebudzeniu. Nie jest tym również palący, gorzki posmak w ustach i zapach ognistej whisky dlatego właśnie Draco Malfoy nie miał pojęcia za jakie grzechy zaraz po odzyskaniu świadomości poczuł właśnie tą, zabójczą mieszankę.
- Draco, dlaczego Potter wychodził z twojego pokoju? - Od strony drzwi rozniósł się irytujący głos Pansy, w tej chwili niesamowicie drażniący Dracona. - Nic ci się nie stało? Dlaczego on tutaj był? - Kolejna salwa pytań wypadła z ust brunetki po czym dopadła do łóżka Malfoy'a. - Wyglądasz strasznie - stwierdziła, po krótkiej chwili przyglądania się blondynowi. Draco westchnął ciężko, zmarszczył brwi i z trudem przełknął ślinę. Jego zamroczony mózg lawirował pomiędzy decyzją potraktowania Parkinson jakimś wyjątkowo paskudnym zaklęciem a udawaniem, że nadal śpi. Niestety z każdym rokiem spędzonym w Hogwarcie doświadczał faktu iż Pansy nie jest aż tak głupia na jaką wygląda a z powodu niewiadomego położenia swojej różdżki otworzył powoli oczy. - Draco?
- Nic mi nie jest - odparł zachrypniętym głosem i z niezadowoleniem zmarszczył brwi. Przecież nie wypił wczoraj aż tak dużo.
- Co Potter...
- Zajął się mną, ponieważ moi kochani przyjaciele nie mogli mi pomóc, bo obżeranie się słodyczami i czytanie po raz setny jakiegoś bzdurnego francuskiego romansu jest ode mnie ważniejsze - warknął, łypiąc groźnie na Parkinson. Pansy zmieszała się wyraźnie, spuściła wzrok na swoje kolana, czekając nie wiadomo na co. Draco podniósł się do siadu i oparł o poduszki, przymykając oczy. Pewnie trwałby tak dłużej, zupełnie ignorując przyjaciółkę, gdyby nie to, że do jego nozdrzy dotarł zapach kawy. Powoli odwrócił głowę w stronę szafki nocnej i rozchylił powieki. Na niewielkiej, srebrnej tacce znajdowała się filiżanka parującej kawy, talerzyk z tostami z dżemem i mała fiolka z lekko fioletowym eliksirem. - Co to? - Zapytał, wskazując na jedzenie. Pansy niepewnie uniosła wzrok po czym zmarszczyła gniewnie brwi.
- Potter kręcił się tutaj od rana, pewnie coś kombinuje - warknęła. Draco przez chwilę myślał nad jej słowami po czym, ignorujące je, sięgnął po kawę. - Nie pij tego. - Na twarzy Pansy pojawiło się jawne przerażenie.
- Pansy. - Draco delikatnie dmuchnął na gorący napój. - Nie uważasz, że to spora przesada? Nie jesteśmy już dziećmi, nie rywalizujemy ze sobą. Najwyższy czas wydorośleć - zganił dziewczynę i upił łyk kawy. Na jego twarzy od razu pojawił się delikatny uśmiech. Kawa była idealna, mocna i słodka, taka jaką Draco lubił najbardziej. Tylko... skąd Potter o tym wiedział?
- Co to znaczy? - Zapytała skołowana Parkinson. Blondyn z dnia na dzień zaskakiwał ją coraz bardziej.
- Zawarłem z Potterem rozejm. Już nie będzie tych dziecinnych kłótni o najmniejszą bzdurę, rozumiesz? - Odparł spokojnie, odstawiając filiżankę. Sięgnął po fiolkę i przez chwilę kontemplował jej zawartość. Pansy dokładnie śledziła jego ruchy. Nie wierzyła, że Draco ma zamiar to wypić przecież to musi być jakiś podstęp Pottera. Malfoy zamieszał fiolką delikatnie po czym wzruszył ramionami i wypił eliksir jednym haustem. Był delikatnie słodki i dziwnie mrowił w język. Zamlaskał cicho i z zaskoczeniem poczuł jak okropny ból głowy i nieprzyjemne uczucie w rządku znikają. - Eliksir na kaca? - Zapytał, jeszcze raz przyglądając się fiolce. - Interesujące.

* * *

Harry po cichu usiadł obok Rona, mając nadzieję, że nie zostanie zauważony ani przez Hermionę ani przez Ginny. Niestety, jak zwykle, nie udało mu się to. Ignorując karcące spojrzenie przyjaciółki sięgną po jajecznicę, zerkając na stół Slytherinu. Na razie nie było przy nim ani Malfoy'a ani jego przyjaciół.
- Harry - Hermiona wyprostowała plecy i odłożyła sztućce. Zapowiadało się na poważną rozmowę. - Gdzie byłeś przez całą noc?
- Skąd wiesz, że mnie nie było? - Zapytał po chwili ciszy i spojrzał na przyjaciółkę, wypychając policzki chlebem. Hermiona wydęła lekko usta i odchrząknęła cicho. Była wyraźnie niezadowolona.
- Ron mi powiedział. Wyszedłeś tak późno. Ginny czekała na ciebie aż do pierwszej - wyjaśniła, dyskretnie zerkając na rudowłosą wpatrującą się w Harry'ego zmęczonym spojrzeniem. Brunet westchnął cicho, również odkładając sztućce. Szlag by trafił jego wyrzuty sumienia. Ostatnio coraz częściej miał wrażenie, że jest zmęczony byciem heroicznym Gryfonem. Co więcej docierała do niego świadomość, że czego by nie zrobił i tak nie zadowoli wszystkich.
- Byłem zdenerwowany więc poszedłem się przejść. Wstąpiłem do bliźniaków a potem do Trzech Mioteł. - Wyjaśnił szybko, wracając do krojenia swojej kiełbaski. Wiedział, że to nie wystarczy jednak jak zawsze miał złudną nadzieję, że może tym razem Hermiona nie będzie aż tak dociekliwa. Przedłużająca się cisza uświadomiła mu, że jednak i tym razem będzie musiał zrelacjonować każdą minutę, podczas której był nieobecny. Powoli przeżuł kęs, zastanawiając się co powiedzieć po czym upił łyk herbaty. - Spotkałem tam Malfoy'a. - Kątem oka zauważył jak Ron się spiął. Hermiona pozostała niewzruszona. - Był kompletnie pijany więc zaprowadziłem go do jego pokoju. - Usta Rona otworzyły się bezwiednie. - Chwilę tam z nim siedziałem ale zasnąłem na fotelu i obudziłem się dopiero rano. Wszystko. - Zakończył poirytowany. Chyba nigdy nie będzie mu dane dowiedzieć się czym jest prywatność.
- To... bardzo miłe z twojej strony, Harry - oceniła Hermiona na co Ron przeszył ją zszokowanym spojrzeniem. - Proszę, nie zaczynaj Ron - upomniała go i po chwili wróciła do jedzenia. Harry wiedział, że teraz dokładnie analizowała to co powiedział.
- Czego mam nie zaczynać? - Zapytał Ron, kiedy w końcu przeżuł ogromną porcję swojego śniadania. - Miona, on... Malfoy... co to ma w ogóle znaczyć? - Zmarszczył brwi i wbił spojrzenie w Harry'ego. Brunet przełkną ślinę. Co ma mu powiedzieć? Że pewnej mroźnej nocy nad jeziorem zawarł z Mafoy'em rozejm? W zasadzie nadal nie wiedział czy to stało się na prawdę czy tylko mu się przyśniło.
- Malfoy był totalnie pijany nie dotarł by sam do Hogwartu. Hagrid pomógł mi go tutaj przyprowadzić - mruknął w końcu. Dokładnie widział jak mina Rona złagodniała po wzmiance o Hagridzie. - Kazał mi się nim zająć, bo Merlin wie co mogło mu przyjść do głowy - dodał, mając nadzieję, że to wystarczy aby załagodzić sytuację. Ron jeszcze przez chwilę wpatrywał się w niego po czym uśmiechnął się lekko.
- Sorry, stary. Już myślałem, że wiesz... zaczynasz go lubić... czy coś. - Weasley poklepał przyjaciela po plecach, śmiejąc się cicho.
- No co ty? Przecież to fretka - odparł Harry, odwracając spojrzenie od Rona. Jego uwadze nie umknęło intensywne spojrzenie Hermiony i jej zagadkowy wyraz twarzy. Przełknął głośno ślinę, spoglądając na stół Slytherinu. Jego spojrzenie natychmiast dostrzegło stalowoszare tęczówki wpatrujące się prosto w niego. Draco uśmiechnął się delikatnie i poruszył ustami. "Dziękuję" - Harry wyczytał z jego warg. Oddał uśmiech jednak nie mógł oderwać spojrzenia od Dracona. Pod wpływem uśmiechu jego smutne tęczówki zaczęły lśnić jakąś nieokreśloną emocją a blade policzki wydały się delikatnie zaróżowić. Nieco potargane blond włosy odbijały poranne promienie słońca tak, że miało się wrażenie iż wokół Draco pulsuje jakaś subtelna poświata. Jedyne co docierało do niego w tym momencie to, to że Draco Malfoy jest najpiękniejszą istotą jaką w życiu widział.

* * *

Harry stanął na swoim miejscu, oddychając nerwowo. Czuł w brzuchu dziwne mrowienie. Było mu cholernie zimno. Nic dziwnego, początek grudnia a on był zmuszony stać roznegliżowany nad ogromnym, zimnym jeziorem, czekając na spotkanie z trytonami. Odetchnął głęboko lodowatym powietrzem, pocierając ramiona. Obok stał Neville, uśmiechając się pokrzepiająco. Przyjaciel znowu załatwił dla niego Skrzeloziele. Przechodzący obok profesor Slughorn klepnął go w plecy, życząc powodzenia. Ściskając w ręce obślizgłą roślinę, odwrócił się w stronę trybun, szczękając zębami. W jego kierunku zmierzali Ron i Hermiona.
- Jak się czujesz, Harry? - Zapytała przyjaciółka, lustrując go troskliwym spojrzeniem. - Nie stresuj się. Wiesz co robić. Poradzisz sobie na pewno.
- Wiem ale jest mi tragicznie zimno - odparł, pociągając nosem. - Mogliby już zacząć. - Uśmiechnął się, patrząc na pokrzepiające miny przyjaciół. - Czekajcie... skoro wy jesteście tutaj to... kto jest tam? - Zapytał, wskazując kciukiem na taflę jeziora.
- Eee... może Ginny? - Ron wychylił się, najwyraźniej próbując dostrzec coś w mętnej wodzie. - Nie, widziałem ją kiedy wychodziliśmy ze szkoły - zaprzeczył swoim przypuszczeniom, patrząc na Harry'ego wysoce skonsternowanym spojrzeniem. - Może McGonagall? - Zaśmiał się po czym oberwał w głowę od Hermiony.
- Już ty dobrze wiesz kto tam jest - szepnęła do niego Hermiona tak aby Ron niczego nie usłyszał. Harry spojrzał na przyjaciółkę nic nie rozumiejącym spojrzeniem. - Idziemy, za chwilę się zacznie. Powodzenia Harry, trzymamy za ciebie kciuki. - Ucałowała przyjaciela w policzek i łapiąc Rona za rękę skierowała się w stronę trybun.
- Dzięki. - Harry uśmiechnął się krzywo, rozglądając się po zgromadzonych. Wyszukiwał w tłumie znajomych twarzy. Ginny faktycznie siedziała na trybunach w towarzystwie Luny i Deana. Seamus siedział zaraz obok, machając do zbliżających się Rona i Hermiony a Neville stał obok niego. Harry zmarszczył brwi. Jeśli nie jego przyjaciele to kto?
- Proszę o uwagę! - w zasięgu najbliższych dwóch kilometrów rozległ się głos profesor McGonagall. Harry szybko lustrował zgromadzony tłum, starając wychwycić kogo mogło brakować. Przed oczami mignął mu Zabini, którego szaty zdobiły plakietki "Hogwart zwycięży" i "Potter najlepszy". - Na wystrzał z armaty... - dyrektorka urwała, patrząc groźnie na Argusa Filcha - ...możecie ruszać w poszukiwaniu tego co zgubiliście. Życzę wam powodzenia - zakończyła krótką przemowę. Nieco spanikowany Harry włożył skrzeloziele do ust a zaraz potem rozległ się głośny huk armaty. Potter wskoczył do lodowatej, mętnej wody psychicznie przygotowany na nieprzyjemną przemianę. Kiedy po krótkiej chwili na szyi wyrosły mu skrzela a między palcami pojawiły się błony popłyną przed siebie. Tym razem dobrze wiedział gdzie szukać. Trochę dziwił go fakt, że komisja nie zdyskwalifikowała go za to, że ostatnim razem brał udział a teraz zadania były takie same. Zasadniczo dzięki temu miał przewagę a przynajmniej tak mu się wydawało. Może potem odbiorą mu za to punkty? Z resztą, wszystko jedno. Nie zależało mu na wygranej. Robił to tylko dlatego, że poprosili go o to przyjaciele... i reszta szkoły. Przedarł się przez gąszcz wodorostów, mijając po drodze kilka, zaskakująco spokojnych, druzgotek.  Kiedy wypłyną zza ostatniej warstwy wodnego zielska zobaczył trzy osoby zawisające bezwiednie w wodzie. Zupełnie zdezorientowany przyjrzał się się twarzom osób. Dwie dziewczyny, których zupełnie nie rozpoznawał, Krukonka i Puchonka a między nimi szczupła, męska postać, której blond włosy unosiły się wokół głowy niczym aureola. Harry podpłyną powoli bliżej, przyglądając się lekko zielonkawej twarzy Dracona. Cóż to miało znaczyć? Musiała zajść jakaś ogromna pomyłka! Pewnie kontemplował by dłużej tą zaskakującą sytuację gdyby nie to, że obok niego przypłyną człowiek z głową rekina. Z różdżki Dimitrowa wystrzeliło białe światło, rozrywając roślinę trzymającą Krukonkę na dnie po czym złapał ją i skierował się ku górze. Harry dopiero po chwili otrząsnął się z szoku i szybko zaczął działać. Nie zależało mu na zwycięstwie ale to nie było powodem aby zawieść całą szkołę! Rozerwał pętającą Dracona roślinę, złapał go w pasie i czym prędzej ruszył ku powierzchni. Płynął najszybciej jak mógł, widząc przed sobą przecinającą wodę postać Dimitrowa. Warknął cicho, poprawił uchwyt na talii Malfoy'a i przyspieszył jeszcze bardziej. Obejrzał się za siebie, słysząc niepokojące odgłosy. W dole Maeva próbowała opędzić się od druzgotek. Wrócił spojrzeniem do Dimitrowa, który nieoczekiwanie zatrzymał się w miejscu. Głowa rekina zaczęła się deformować na co Harry uśmiechnął się zadowolony. Transformacja przestawała działać. Nie zawracając sobie głowy szamoczącymi się rywalami popłynął szybko ku powierzchni, czując jak efekty skrzeloziela zanikają powoli. Kilka chwil później wyłonił się na powierzchnię, ściskając mocniej Malfoy'a. Tuż przy jego uchu Draco zachłysnął się powietrzem i spanikowany objął jego szyję.
- Co ja...? - Ślizgon zakrztusił się wodą. Był kompletnie otumaniony. Zdrętwiałe z zimna ręce kurczowo zaciskał na silnych ramionach Harry'ego, rozglądając się gwałtownie. - Czy ja...? To drugie zadanie? - Zapytał w końcu, szczękając zębami. Harry tylko przytaknął ruchem głowy, marszcząc brwi. Za nimi ktoś wypłynął na powierzchnię, głośno chlupocząc. - Nie umiem pływać - Tuż przy uchu usłyszał przerażony szept Dracona.
- Trzymaj się. - Harry wzmocnił chwyt w pasie Malfoy'a i skierował się w stronę jednej z drewnianych ramp. Płynął najszybciej jak potrafił. Czuł, że wszystkie mięśnie go palą jednak głośny oddech Bułgara za plecami i niekontrolowane jęki Draco dodawały mu sił. Wkrótce kompletnie zmęczony, zmarznięty i obolały wszedł na rampę, wciąż trzymając Malfoy'a w ramionach. Blondyn trząsł się niczym w ataku padaczki. Hermiona szybko podała Harry'emu ręcznik drugi, zarzucając mu na głowę. Harry ku niezadowoleniu przyjaciółki zdjął ciepły ręcznik ze swoich ramion i okrył nim bladego Draco, którego dłonie wciąż kurczowo ściskały ramiona Pottera. Po krótkiej chwili podbiegła do nich Luna, okrywając ich grubymi kocami i Ginny z kolejną porcją puchatych ręczników. Hermiona złożyła na jego policzku przyjacielski pocałunek, gratulując mu. Ginny i Luna powtórzyły ten gest. Przy Draconie niczym z pod ziemi pojawiła się Pansy, lamentując nad jego stanem i odrywając go od Harry'ego. Zaraz po tym podbiegli do Gryfona Ron, Seamus, Neville i Dean, wykrzykując głośne gratulacje. Przyjaciele całkowicie pochłonięci zwycięstwem Harry'ego zupełnie nie zwrócili uwagi na Malfoy'a.
- Dzięki. - Harry uśmiechnął się szeroko do przyjaciół, zaraz po tym kiedy Cho Chang przytuliła go mocno. Gryfoni zaczęli wykrzykiwać jakąś skoczną piosenkę, klaszcząc przy tym głośno i tłocząc się wokół Pottera. Do śpiewu Gryfonów z zapałem dołączyła się reszta uczniów Hogwartu. Na sąsiednią rampę właśnie wciągano wyczerpaną Francuzkę. Harry'emu nie umknął dyskretny uśmiech profesor McGonagall, która podrygiwała stopami w rytm zabawnej piosenki naprędce wymyślonej przez Rona i Seamusa. Rozejrzał się za Malfoy'em, który otoczony przez Ślizgonów znajdował się już prawie na drugim końcu rampy. Jego sine usta wciąż drżały mocno a skostniałe dłonie ściskały kubek z parującym napojem. Zabini stał za przyjacielem, co jakiś czas pocierając jego ramiona okryte kocami. Pansy skakała nad nim, wyrzucając z siebie coraz to bardziej skomplikowane pytania a Goyle stał obok, podśpiewując pod nosem. Niespodziewanie ich spojrzenia spotkały się ze sobą. Draco przez długą chwilę wpatrywał się w intensywnie zielone oczy Harry. Zawsze go intrygowały i przerażały zarazem. Tak intensywne, pełne emocji, żywe. Wyrażały dokładnie to co Harry czuł w danym momencie. Dzięki nim można było w nim czytać jak w otwartej księdze. Lata obserwacji sprawiły, że dokładnie wiedział jak zmieniają się oczy Pottera pod wpływem poszczególnych emocji. Nikt inny nie miał takich oczu. Tak pięknych i jednocześnie tak dziwnych, niespotykanych, osobliwych. Podejrzewał, że te oczy koloru Avady Kedavry będą go prześladować przez całe życie. Irracjonalne było to, że tak żywe i dobre oczy mają kolor śmiertelnej klątwy.
- Draco, co to miało znaczyć? - Zapytał Zabini, stając naprzeciwko przyjaciela. Draco odwrócił spojrzenie od Harry'ego i zerknął na przyjaciela niepewnie. - Dlaczego to ty zostałeś przydzielony do Pottera? - Draco poczuł jak pieką go powieki i wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia dlaczego. - Wiesz jak brzmi podpowiedź ze złotego jaja?
- Nie wiem, Blaise. Nie znam się na tym - odparł nieco podenerwowany Draco.  Przyjaciel był niepokojąco poważny.
- To pieśń trytonów. Podążaj za mym głosem. Na lądzie trudno śpiewać nam. Godzinę masz więc poświęć ją by odzyskać własność swą - zacytował zaniepokojony. Nie wierzył, że Draco nie widział w tym nic niepokojącego... prócz tego, że prawie godzinę spędził pod wodą. Draco pokiwał głową, zastanawiając się nad usłyszanymi słowami. - Chodzi o to...
- Draco, chodź do środka. Będziesz chory - marudziła Pansy, przerywając Zabiniemu.
- Dobrze - mruknął Malfoy. - Dokończymy naszą rozmowę Blaise. - Złapał koc, który zsuwał się z jego ramion i poszedł za Pansy w stronę zamku, spoglądając jeszcze na Harry'ego przysłuchującemu się żywo dyskutującym przyjaciołom.

* * *

Harry westchnął cicho, kiedy obok niego usiadła Hermiona. Wiedział, że będzie chciała porozmawiać o dzisiejszym zajściu jednak miał nadzieję, że nastąpi to później. Najgorsze było to, że nie wiedział co mógłby jej powiedzieć. Nie wiedział nawet co o tym myśleć. W jego głowie panował mętlik. Zamknął powoli czytaną książkę, odłożył ją na stolik i spojrzał na przyjaciółkę. Hermiona podciągnęła kolana pod brodę i wpatrywała się w ogień buzujący w kominku.
- Powinieneś pójść do pani Pomfrey po coś na wzmocnienie. Możesz być chory - powiedziała, przerywając długą chwilę ciszy. Kiedy Harry nie odpowiedział zamrugała i spojrzała na niego. Ogień oświetlał jego zamyśloną, zmęczoną twarz. Zawsze, dosyć nieskromnie, uważała że zna Harry'ego najlepiej. Szybko u miała zrozumieć jego zachowanie, emocje nim targające i rozpoznać co chce zrobić niestety tym razem ta umiejętność zawodziła. Nie umiała odczytać z zachowania przyjaciela niczego konkretnego. Niby nic się nie zmieniło, niby zachowywał się tak samo jednak coś było nie tak. Wszyscy myśleli, że Harry już nie ma zmartwień. Zabił Voldemorta więc powinien być wesoły i wiecznie zadowolony. Ale jednak nie był. Wciąż tkwił w nim ten ogromny smutek, którego nigdy do końca nie rozumiała mimo znajomości jego źródeł. Harry czegoś potrzebował, pragną... czegoś wciąż mu brakowało ale prawdopodobnie nawet on nie był w stanie stwierdzić czego dokładnie.
- Wiem - odparł w końcu łamiącym się głosem. Odchrząknął cicho i spojrzał na przyjaciółkę. - Ale nie chcę - dodał po chwili, uśmiechając się lekko. Znając jego szczęście pani Pomfrey znalazłaby jakiś powód aby przetrzymać go w skrzydle szpitalnym przynajmniej na jedną noc.
- Harry... co to miało znaczyć? - Zapytała w końcu. Brunet spojrzał na nią pytająco. - To dzisiaj. Dlaczego w jeziorze był Malfoy? - Ukonkretniła swoje pytanie. Harry westchnął i uśmiechnął się smutno po czym wzruszył ramionami, kręcąc głową.
- Nie wiem, Miona - odparł w końcu cicho. - Zanim czara wylosowała mnie na uczestnika turnieju poszedłem w nocy nad jezioro. Musiałem pomyśleć, odreagować... nie wiem. Spotkałem tam Malfoy'a. Zaczęliśmy rozmawiać, wiesz? O... o wojnie, o jego matce i o mojej sytuacji. Zapytał mnie dlaczego odrzuciłem jego przyjaźń a ja mu to wyjaśniłem a potem... zaczęliśmy od nowa. W sumie od tamtego momentu nie rozmawialiśmy ani razu oprócz tego kiedy spotkałem go pijanego w Trzech Miotłach. Nie jesteśmy już wrogami ale... nie wiem kim. Coś dziwnego się stało a ja chyba nie do końca mogę to wyjaśnić. - Jak zawsze w czasie rozmowy z Hermioną łapał go słowotok. Wiedział, że przyjaciółce może wszystko powiedzieć i że ta go zrozumie. Nie zacznie się drzeć ani obrażać jak Ron, nie będzie zazdrosna jak Ginny ani nigdy przypadkiem nie wygada tego co jej powiedział. Hermiona westchnęła cicho i pogłaskała go po ramieniu.
- A Ginny? - Zapytała po chwili. Od początku tego roku widziała, że Harry zmienił swój stosunek do siostry Rona. Nie wodził za nią rozmarzonym wzrokiem, nie zabiegał o jej uwagę ani nie starał się spędzać z nią każdej wolnej chwili. Zasadniczo ją ignorował. Oczywiście martwiła się Ginny. Dziewczyna nie wiedziała o co chodzi, była smutna i podłamana jednak bardziej niepokoił ją stan Harry'ego. Takie zachowanie było do niego nie podobne.
- Nie wiem - mruknął Harry, wpatrując się w ogień. - Już... nie czuję tego samego. Nie... chyba już jej nie kocham. Jest ładna, lubię ją ale zacząłem ją traktować bardziej jak młodszą siostrę. Nie wiem dlaczego. Po prostu. Jeszcze przed wojną zrobiłbym wszystko aby z nią być a po... jakoś tak powoli zaczęło się to we mnie wypalać. Nie wiem co się stało - znów wzruszył ramionami. Czuł się naprawdę zagubiony w swoim wnętrzu. Jego emocje szalały, zagłuszając zdrowy rozsądek.
- Pamiętasz kiedy zupełnie przestałeś o niej myśleć w ten sposób? - Zapytała, patrząc uważnie na twarz Harry'ego. Miała pewną dziwną tezę ale sama nie mogła w nią uwierzyć. Oczywiście nie miałaby nic przeciwko temu. Zależało jej na szczęściu Harry'ego ale po prostu wątpiła w tak gwałtowny obrót sytuacji.
- Hm... - Harry mruknął w zamyśleniu. Przez chwilę nic nie mówił po czym uśmiechnął się do siebie lekko i spojrzał na Hermionę. - Jakoś po rozprawie oskarżającej Malfoy'a i Narcyzę... tak myślę - odpowiedział a na jego ustach wciąż gościł ten osobliwy uśmiech, który Hermiona dobrze znała.
- Harry - westchnęła cicho, nie wiedząc co mu powiedzieć. Prawdopodobnie najlepiej byłoby gdyby doszedł do tego sam, jednak znając Harry'ego i jego podejście do spraw tego typu było mało możliwe aby udało mu się zrozumieć zaistniałą sytuację w przeciągu pięciu lat! - Oj, Harry. - Brunet spojrzał na przyjaciółkę zdziwionym spojrzeniem po czym wrócił do kontemplacji ognia. Na pewno jeszcze wrócą do tej rozmowy. Był tego pewien.

* * *

- Blaise - mruknął cicho Draco, siadając obok przyjaciela na skórzanej kanapie. Po dzisiejszym przeżyciu był dziwnie roztargniony. Zabini spojrzał na blondyna i uśmiechnął się delikatnie. Nigdy, przenigdy nie przyznałby tego nagłos ale Draco zawsze wydawał mu się tak niesamowicie delikatny i dziecinny. Może dlatego, że znał go od tej strony, od której mało kto ma okazję go poznać.
- Draco - odparł, odkładając czytaną książkę na podłokietnik. - Myślałeś nad tym? - Zapytał, uważnie przyglądając się bladej twarzy przyjaciela.
- Tak. Doszedłem do wniosku, że byłem wrogiem numer jeden Pottera zasadniczo to w pewnym sensie robi ze mnie jego własność więc to ma jakiś sens, ale znając życie to pewnie w cale nie jest takie łatwe i zaraz zaskoczysz mnie jakimiś mało prawdopodobnymi informacjami z którymi, czy chcę czy nie, będę musiał się pogodzić. - Draco spojrzał na przyjaciela nieco podkrążonymi oczami na co ten przytaknął ruchem głowy. Blondyn westchnął cicho, bardziej zatapiając się w oparciu kanapy. - Tak więc słucham, znawco.
- Parkinson mówiła mi, że zawarłeś z Potterem jakieś... porozumienie, tak? - Zapytał na co Draco przytaknął głową. - A to znaczy, że już nie jesteś jego wrogiem więc ta opcja automatycznie odpada. - Draco westchnął ciężko, przymykając oczy. - Zazwyczaj do tego zadania bierze się kogoś kto dla uczestnika jest bardzo ważny. Rodzina, przyjaciel... partner. - Zabini zerknął kątem oka na Dracona, który nijak zareagował na jego słowa. - A to znaczy, że najwyraźniej jesteś dla Pottera bardzo ważny - zakończył po czym zapadła cisza. W napięciu czekał na reakcję przyjaciela.
- I o to tyle hałasu? - Zapytał w końcu nieco zaskoczony Draco. - Najwyraźniej Harry ma mnie za przyjaciela - mruknął i energicznie wstał z kanapy aby zaszyć się w swoim pokoju. Blaise prychnął, kręcąc głową. Draco jak zwykle zupełnie nie zrozumiał jego aluzji.
- "Harry", co? - szepnął, otwierając książkę.

* * *

Harry przewrócił się po raz kolejny na plecy, nie mogąc zasnąć. Jak się domyślał było coś około trzeciej nad ranem. Westchnął głośno i usiadł na łóżku. Rozejrzał się po dormitorium. Ron jak zwykle mruczał coś pod nosem, Seamus i Neville pochrapywali cicho a Dean spał z otwartą książką u boku. Uśmiechnął się na ten widok. Tak bardzo lubił na to patrzeć. Nie wyobrażał sobie jak to będzie po zakończeniu szkoły. Kiedy obudzi się w środku nocy a zamiast przytulnego dormitorium zobaczy ciemne pomieszczenie, które będzie musiał nazywać swoją sypialnią. Nie zobaczy światła księżycowego wpadającego przez okna wierzy Gryffindoru. Nie będzie mógł spojrzeć na pogrążone we śnie twarze najbliższych mu osób. Harry już teraz wiedział, że będzie miał problem z zaśnięciem, nie mogąc się wsłuchiwać w senne wywody Rona o pająkach, gumochłonach, Quidditchu i Hermionie, nie usłyszy w tle cichego chrapania Neville'a i pochrząkiwania Seamusa. Nie będzie mógł spojrzeć, wyrwany ze snu, na spokojną twarz Deana wtuloną w książkę. Harry'ego znowu ogarnęło przytłaczające uczucie samotności, które znalazło swoje miejsce w gardle jako piekąca gula utrudniająca oddychanie. Wstał z łóżka i powstrzymując cisnące mu się do oczu łzy sięgną po pelerynę niewidkę. Zarzucił ją na siebie, złapał swoją różdżkę i najciszej jak mógł wyszedł z dormitorium a potem z wierzy Gryffindoru. Nie mógł przestać myśleć o tym o czym rozmawiał wieczorem z Hermioną. Wciąż zadawał sobie pytania, na które nie miał odpowiedzi. Dlaczego już nie kocha Ginny? Dlaczego Malfoy był w jeziorze? Dlaczego nie rozumie tej całej sytuacji? O co chodzi? I dlaczego, do jasnej cholery, Hermiona nie może mówić jaśniej? Wciąż dręczyło go dlaczego Hermiona tak nagle urwała ich rozmowę w żaden sposób nie podsumowując jego problemu. Coś takiego nie leżało w jej zwyczaju. Westchnął ciężko, przymykając oczy przez co prawie uderzył w zbroję stojącą pod ścianą. Mruknął coś pod nosem rozdrażniony. Wciąż łapał się na tym, że jego myśli krążą wokół Dracona. Zasadniczo nie było w tym nic dziwnego. Draco zawsze był jego nemezis. Dopóki nie zakochał się w Ginny w każdej wolnej chwili myślał o Malfoy'u jednak teraz coś z tymi myślami było nie tak. Już nie wyzywał go od najgorszych, nie wyszukiwał jego wad i słabych punktów, nie wyśmiewał go ani nie podejrzewał o jakieś niecne działania. Teraz jego myśli skupiały się wokół smutnych, srebrnych oczu Draco; jego błyszczących włosów, alabastrowej skóry, delikatnego uśmiechu i... strachu przed wodą. Nigdy nie podejrzewał, że Draco może bać się wody. Jego myśli oderwały się od Ślizgona, kiedy z jednego z korytarzy wyszedł Filch. Harry zatrzymał się i wstrzymał oddech. Charłak mruczał coś do siebie, złorzecząc na wszystko wokół. Kiedy przeszedł obok i nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi Harry odetchnął głośno i ruszył w dalszą drogę. Nie miał pojęcia dokąd idzie.

* * *

Draco uważnie stąpał po oszronionych stopniach, kierując się na najwyższą kondygnację sowiarni. Było tragicznie zimno, jednak mając w pamięci swoją nocną wyprawę nad jezioro ubrał się ciepło, zabierając ze sobą nawet czapkę, szalik i grube rękawiczki. Kiedy dotarł na samą górę uśmiechnął się pod nosem. Sowiarnia niedawno była czyszczona a z racji tego, że ostatnio mieszkało tutaj niewiele sów było naprawdę czysto. Nogami zgarnął sobie większą ilość siana, delikatnie ogrzał je zaklęciem i usiadł zadowolony. Ostatnimi czas dręczyła go straszna bezsenność co bardzo go irytowało. Prawdopodobnie była ona wywołana rodzinnymi problemami a teraz także słowami Blaise'a. Nie miał pojęcia co przyjaciel chciał mu przekazać. Dobrze, najwyraźniej był ważny dla Harry'ego ale co z tego? Potter miał dużo przyjaciół, lubił prawie każdego więc Draco nie widział w tym żadnego problemu... a jednak wciąż coś go męczyło. Podskoczył, kiedy usłyszał jak drzwi sowiarni otwierają się z głośnym piskiem. Miał nadzieję, że to nie ten głupi charłak. Siedział cicho, wychylając się najbardziej jak mógł aby zobaczyć czy ktoś wszedł do środka. Drzwi zamknęły się cicho po czym po wieży rozniósł się odgłos kroków. Dracon czekał cierpliwie, ściskając różdżkę w kieszeni płaszcza. Kroki było słychać coraz wyraźniej a jednak nadal nikogo nie było widać. Nieoczekiwanie usłyszał szamotaninę i głuchy huk a nad schodami pojawiła się głowa Pottera.
- Na brodę Merlina - warknął Harry, odrzucając pelerynę niewidkę. Gryfon klęczał na schodach, klnąc brzydko i szukając swoich okularów.
- Na Salazara, Potter - westchnął Draco, któremu znacznie ulżyło. - Czyś ty zwariował? - Zapytał wstając ze swojego miejsca. Harry spojrzał na blondyna i zmrużył oczy. Jedyne co widział to rozmazane plamy. - Jak bardzo jesteś niezgrabny? - Zapytał, śmiejąc się cicho i schodząc kilka stopni w dół. Harry patrzył za nim, nie wiedząc co powiedzieć, zupełnie nie spodziewał się tutaj Malfoy'a. Blondyn pochylił się, podnosząc stłuczone okulary Gryfona.
- Reparo. - Machną krótko różdżką po czym podał okulary właścicielowi.
- Dzięki. - Harry założył je i szybko wstał ze schodów, łapiąc pelerynę niewidkę. - Nie wiedziałem, że tutaj jesteś - powiedział szybko, czując że musi się wytłumaczyć.
- Też tak sądzę - prychnął rozbawiony zachowaniem Pottera. Nic więcej nie mówiąc wrócił na swoje miejsce i usiadł na kupce siana, uśmiechając się delikatnie. Harry jednak nadal stał na schodach, wpatrując się w blondyna. - Będziesz tam tak sterczał? - Zapytał, chowając różdżkę do kieszeni. Harry przełknął głośno ślinę i ruszył w stronę Dracona. Szybko zorganizował sobie prowizoryczne siedzenie z siana i usiadł obok Malfoy'a. Przez długą chwilę milczeli, wpatrując się w abstrakcyjne wzory pary wydobywającej się z ich ust. O dziwo czuli się przy sobie zaskakująco swobodnie. Draco uśmiechnął się dyskretnie, słysząc jak Harry pociąga nosem. Gryfon znów był tylko w cienkiej piżamie i trampkach.
- Czy ty nie potrafisz się ubrać Potter? - Zapytał w końcu, patrząc w zarumienioną twarz Harry'ego. Brunet przez chwilę patrzył na niego pytającym spojrzeniem po czym uśmiechnął się szeroko.
- Nie wiedziałem, że tutaj przyjdę - wyjaśnił w końcu. - Nie umiałem zasnąć więc pomyślałem, że się przejdę ale nogi zaniosły mnie aż tutaj. - Draco uśmiechnął się szerzej a jego oczy jak zwykle zabłyszczały tą nieopisaną emocją.
- Głupiś - mruknął Malfoy, odrywając spojrzenie od rozczochranych włosów Pottera. - Mam ten sam problem - dodał, patrząc w górę na kilka sów, które przypatrywały im się nieco zaspanymi oczami. Znów zapadło milczenie. Draco z zainteresowaniem obserwował ptaki a Harry uważnie przyglądał się profilowi blondyna. Jego ostre, arystokratyczne rysy twarzy dodawały jego twarzy niesamowitej powagi. Podskoczył kiedy coś brązowo-białego załopotało mu przy głowie. Draco parsknął cicho i wyciągnął rękę, na której usiadła sowa.
- Merlnie, to twoja sowa? - Zapytał, wodząc oczami po dużym, brązowym ptaku. Jego żółte ślepia wpatrywały się w Harry'ego dosyć niepokojąco.
- Tak, Magnificus. - Draco pogłaskał sowę po łebku i odstawił na podłogę. Ta usadowiła się obok niego, chowając łepek między skrzydłami. - A twoja? - Zapytał, wracając spojrzeniem do Harry'ego. Jego zielone oczy zabłyszczały gwałtownie.
- Już... już nie mam sowy - odpowiedział, łapiąc w palce kilka źdźbeł siana. - Zginęła w tamtym roku. Zaatakowali nas śmierciożercy, chciała mnie bronić i... oberwała - wytłumaczył, czując w gardle piekącą gulę. Hedwiga była tylko ptakiem jednak przywiązał się do niej. Była jego łącznikiem z światem magicznym kiedy na wakacje musiał mieszkać u Dursley'ów. Była z nim przez całe sześć lat.
- Przykro mi. - Draco przełknął głośno ślinę i położył rękę na ramieniu Gryfona. Harry wyglądał na tak przerażająco smutnego, że nie wiedział co zrobić. Nigdy nie widział go takiego i chyba zaczynał rozumieć dlaczego jego przyjaciele zawsze tak wokół niego skaczą.
- No nic, miała długie życie... nie ma co rozpaczać. - Harry odetchnął i spojrzał na Malfoy'a, uśmiechając się smutno. Potter był absolutnie beznadziejny w ukrywaniu emocji.
- Nie chciałeś nowej? - Zapytał ostrożnie miał nadzieję, że nie pogorszy sytuacji. Harry przez chwilę nic nie odpowiadał po czym kichną głośno, przestraszając Dracona. - Na Salazara - westchnął blondyn, kręcąc głową. Nie zwracając uwagi na pytające spojrzenie Harry'ego zdjął swój szalik i zaczął rozpinać płaszcz. - Masz, ubierz - podał mu ubranie, chowając dłonie w obszerne kieszenie grubego swetra z golfem.
- Nie będzie ci zimno? - Zapytał Harry, okręcając zielono-srebrny szal wokół szyi. Draco spojrzał na niego, unosząc jedną brew.
- Żartujesz sobie, Potter? Ubrałem się jakbym miał zamiar spać w zakazanym lesie. - Zaśmiał się, pokazując Harry'emu rękawiczki z kożuszkiem. Harry parsknął cicho, ubierając ciepły płaszcz Draco, pachnący... tak nieziemsko. Harry nie miał pojęcia cóż to za zapach, który tak przyjemnie drażnił jego nozdrza jednak miał pewność, że należy do Dracona.
- Pasuje ci - mruknął Ślizgon, poprawiając Potterowi szalik w barwach Slytherinu. Harry przez chwilę przyglądał się ciemnej zieleni szalika i mruknął cicho.
- Wiesz... tiara przydziału chciała mnie umieścić w Slytherinie - oznajmił, nie wiedząc dlaczego. Draco długo wpatrywał się w jego twarz z ręką wciąż znajdującą się na szalu.
- Naprawdę? - Zapytał w końcu głosem wyrażającym kompletne zdziwienie.
- Tak, ale poprosiłem ją żeby tego nie robiła więc w końcu wybrała Gryffindor - wyjaśnił na co Draco spojrzał na niego dziwnie, zabierając rękę.
- I dobrze, nie pasowałbyś do Ślizgonów... chociaż w zielonym ci do twarzy - odparł, zagryzając dolną wargę. Harry uśmiechnął się szeroko, w palcach miętoląc źdźbła siana.
- Dzięki - mruknął, spuszczając wzrok na swoje kolana. Z niewiadomych powodów cisza między nimi stała się nieco krępująca. Oboje zaczęli myśleć o niezrozumiałych słowach swoich przyjaciół, zerkając na siebie raz po raz. Srebrne promienie księżyca wpadające przez okna baraszkowały we włosach Harry'ego i oświetlały jego zarumienioną twarz. Draco zastanawiał się kiedy rysy twarzy Pottera tak zmężniały. Jeszcze do niedawna w wyobraźni wciąż widział go jako dzieciaka z ogromnymi okularami i dziwną blizną na czole jednak ostatnio zaczął zauważać zmiany, które nastąpiły w nim od pierwszego roku w Hogwarcie. Czasami, w wielkiej sali, nie mógł napatrzeć się na silne, męskie rysy jego szczęki, nieogolone policzki i wciąż rozwichrzone włosy. Harry był tak przyjemnie dla oka niechlujny, że Draco nie miał pojęcia jak to robi. Z wiekiem okrągłe okulary zamiast go oszpecać dodawały mu uroku, stanowiąc miłą przeciw wagę do silnie zarysowanej, kwadratowej szczęki a blizna już w ogóle nie zwracała jego uwagi. Czy chciał czy nie musiał przyznać, że Harry stał się strasznie przystojny. Gryfon spojrzał na niego, porażając zielenią oczu w których odbijały się smugi światła. Draco przełknął głośno ślinę, zsuwając wzrok na nieco krzywy nos Harry'ego. Podobał mu się. Nie wiedział dlaczego, po prostu uważał, że taki jest najlepszy, inny nie pasowałby do Harry'ego. Jego uwagę przykuły wąskie usta, które poruszyły się niespokojnie. Jak zawsze były suche i nieco spierzchnięte jednak dziwnie kuszące. Draco, niczym w amoku, wyciągnął rękę i położył ją na policzku Harry'ego. Jego serce dudniło mocno a oddech przyspieszył. Przesunął kciukiem po jego wargach, spoglądając w zaskoczone zielone oczy. Połyskiwało w nich coś co mówiło Draco, że powinien to zrobić. Powoli pochylił się do przodu, zbliżając ich twarze do siebie. Harry owiewał jego twarz gorącym oddechem. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie. Delikatnie położył dłoń na biodrze blondyna. Draco oblizał usta i przysunął się jeszcze bliżej, stykając ich wargi ze sobą. Automatycznie zamkną oczy, rozkoszując się gorącem ust Gryfona. Harry przełknął głośno ślinę, czując że ma problemy z oddychaniem. Przesunął dłoń na plecy Dracona, uchylając lekko usta. Zamknął oczy, kiedy poczuł jak Draco opiera się na nim, pogłębiając pocałunek. Westchnął cicho, obejmując blondyna i zahaczając językiem o jego język. Po chwili już leżeli na sianie, obłapiając się i całując namiętnie. Oboje zupełnie nie panowali nad swoimi ruchami. Chcieli jak najwięcej. Jak najwięcej dotknąć, poczuć, poznać. Niczym obłąkani tarzali się po podłodze, przyciskając mocno do siebie nawzajem. Draco wsunął dłoń w miękkie włosy Harry'ego i szarpnął je nieco, całując go po całej twarzy. Okulary Harry'ego zniknęły gdzieś w całej tej szamotaninie przez co widział tylko plamy. Wsunął zimne dłonie pod sweter Draco, rozkoszując się delikatną skórą jego pleców. Pocałunki Dracona zsunęły się na gorącą szyję Harry'ego zaraz po tym jak drżące dłonie zerwały z niej szalik. Nagle sowa Dracona zerwała się do lotu, przywracając im zdrowe zmysły. Oboje zamarli w bezruchu, nie wiedząc co zrobić. Draco przycisnął czoło do ramienia Gryfona, uspokajając oddech a Harry odchylił głowę do tyłu, mając w niej kompletny mętlik. Oboje nie mieli pojęcia dlaczego to zrobili i co nimi kierowało. Draco odchrząknął cicho i przełknął głośno ślinę, zaciskając pięść na rękawie Harry'ego. Bał się podnieść wzrok. Nie wiedział co Harry zrobi. Zignoruje i wyjdzie a potem już na niego nie spojrzy? On by tak zrobił gdyby nie męcząca świadomość, że sam to wszystko zaczął. Westchnął cicho, wciągając zapach Harry'ego przypominający marcepan. Uwielbiał marcepan. Prychnął cicho po czym zesztywniał, czując jak ręka Harry'ego znika z jego pleców.
- Co... co to miało znaczyć? - Tuż nad uchem usłyszał cichy, zachrypnięty głos Harry'ego.
- Nie wiem - odparł, przerywając długą chwilę ciszy. Wzruszył ramionami i zwlekł się z Pottera, siadając obok niego. - Nie mam pojęcia - mruknął jakby sam do siebie. Harry także podniósł się do siadu, odwracając się przodem do Dracona. Malfoy oparł łokcie na zgiętych kolanach i wpatrzył się w bezchmurne nocne niebo. Cisza między nimi znów przedłużała się niemiłosiernie. Harry wpatrywał się w smutne oczy Draco, przełykając gęstą ślinę. Sam przed sobą nie mógł ukryć, że podobało mu się to co robili jednak wciąż nie miał pojęcia co to mogło znaczyć. Zawsze się nienawidzili, skakali sobie do gardeł a teraz... tak nagle... bez żadnego ostrzeżenia. O dziwo nie przerażała go myśl, że Draco był chłopakiem. Bardziej martwiło go to, że był Malfoy'em. - Od samego początku, kiedy o tobie usłyszałem, zależało mi na twojej przyjaźni a kiedy ją odrzuciłeś wciąż zabiegałem o twoją uwagę. Chciałem żebyś zobaczył, że twoi przyjaciele to nic nie warci idioci i żebyś przeszedł na moją stronę ale ty cały czas miałeś mnie gdzieś. W końcu zacząłem cię nienawidzić tak mocno, że jedyne o czym myślałem to jak uprzykrzyć ci życie. Kiedy Czarny Pan wrócił i zlecił mi zadanie miałem chwile słabości. Wciąż zastanawiałem się czy nie iść do ciebie, nie powiedzieć ci o tym, może byś mi pomógł... w końcu jesteś chłopcem, który przeżył. Wtedy to wszystko minęło i miałem tylko nadzieję, że mnie zauważysz i mi pomożesz. Chyba wtedy naprawdę zacząłem cię lubić. A potem... potem już wiesz. - Po policzku Draco potoczyła się łza, którą szybko starł wierzchem dłoni. Harry zupełnie nie spodziewał się takiego wyznania. - A teraz. - Draco pociągnął nosem a jego podbródek zatrząsł się niepokojąco. - Nie wiem. Jestem taki słaby - jęknął a łzy znów pociekły z jego oczu. Tym razem nawet nie próbował ich ścierać. Harry porażony tym widokiem objął blondyna i zaczął delikatnie się kołysać. Zupełnie tak samo jak robiła to Hermiona, kiedy był załamany.
- Cii - uciszał go, głaszcząc po głowie. Nie wiedział co ma robić. Raczej nigdy nie pocieszał nikogo. - Draco. - Pocałował jego pachnące włosy, ściskając mocniej. Po kilkunastu minutach szloch ustał jednak Draco wciąż nie odsuwał się od Harry'ego. Znów bał się unieść wzrok. Nie wiedział co się z nim dzisiaj działo. - Ja... nie wiedziałem, przepraszam. Nie miałem pojęcia, że... że na mnie liczysz - znów pocałował Dracona w głowę.
- Ty nie masz za co przepraszać. - Draco uniósł głowę i sam nie wiedząc dlaczego cmoknął bruneta w policzek na co ten zrobił zaskoczoną minę. - Nie wiem co mam ci powiedzieć - mruknął słabo, odklejając się od ciepłego ciała Gryfona. - Nie wiem co robię. - Harry też nie wiedział. Patrzył w zmęczoną twarz Dracona, myśląc nad zaistniałą sytuacją. Niestety nigdy nie był dobry w analizowaniu jakichkolwiek sytuacji więc jedyne co przyszło mu do głowy to aby poczekać na rozwój sytuacji.
- Nic nie musisz mówić - mruknął w końcu, uśmiechając się delikatnie. Nagle poczuł w rządku dziwne ssanie a po chwili dało się słyszeć ciche burczenie. Draco przewrócił oczami. - W ogóle nie rozumiem tej dziwnej sytuacji ale wiem jedno - powiedział wszystkowiedzącym tonem. Ślizgon posłał mu pytające spojrzenie, podnosząc się z ziemi. - Jestem głodny - zakończył, uśmiechając się rozbrajająco. - Idziemy coś zjeść? - Zaproponował.
- Niby gdzie chcesz jeść o tej porze? - Draco uniósł jedną brew, otrzepując się z siana.
- Jak to "gdzie"? Oczywiście, że w kuchni - odparł Harry i ignorując fakt, że cały oblepiony jest sianem, pociągnął Draco za rękaw, sięgając jeszcze po swoją pelerynę niewidkę i okulary.

* * *

PS. Mam nadzieję, że kolejny rozdział pojawi się szybciej ;3.

Do poczytania!

poniedziałek, 8 października 2012

Through the Barricades III



Usiadł na brzegu swojego łóżka, przesuwając spojrzenie z białej, marmurowej ściany na gładką pościel w kolorze indygo. Spod powieki wypłynęła zimna łza, która prześlizgując się po bladej twarzy, stoczyła się na nagie udo właściciela. Szare, przepełnione bólem, tęczówki spoczęły na bezwładnym ciele matki, które wisiało na grubej linie w drzwiach jego pokoju. Przez lekko uchylone, blade usta wyciekały ostatnie resztki życia. Spojrzał na swoje zakrwawione, brudne dłonie mocząc je kolejnymi łzami. Lodowate igły przerażającego bólu przeszywały jego, ledwo bijące, serce sprawiając, że stare rany otworzyły się na nowo. Przesunął smutne spojrzenie na wciąż krwawiące ciało ojca leżące na podłodze z ciemnego drewna. W jego piersi wciąż tkwił sztylet, pulsujący lekko w rytm ostatnich ruchów serca. Uśmiechnął się ironicznie. Jak zadziwiający był fakt, że człowiek taki jak on miał serce. Draco podniósł się z łóżka. Niczym w amoku podszedł do ciała ojca, nie zważając na to, że brodzi w jego posoce rozlanej po podłodze. Ukląkł przy bezwładnym, zimnym ciele, spoglądając z nienawiścią na węża śpiącego w kącie. Zakrwawioną, drżącą dłonią ujął wysadzaną rubinami rękojeść sztyletu. Wolnym ruchem wyjął ostrze z piersi. Przez chwilę z niezdrowym zafascynowaniem przyglądał się krwi, ściekającej na zaciśnięte palce, po czym zsunął wzrok na wewnętrzną stronę nadgarstka lewej ręki. Mroczny znak wypalał jego skórę. Wydawał się jeszcze wyraźniejszy niż zazwyczaj. Wydawało mu się, że czaszka szczerzy się do niego z wyższością, jakby ciesząc się, że już się od niej nie uwolni. Przyłożył ostrze sztyletu do nadgarstka i bez wahania przeciął skórę. Nie miał siły dłużej nosić tego piętna. Spod bezlitośnie odcinanej skóry trysnęła krew, a z oczu pociekły kolejne łzy bólu. Zagryzł dolną wargę, zaciskając powieki. Jeszcze chwila i się tego pozbędzie. Wyobraźnia podsunęła mu obraz Harry'ego. Jedyne lekarstwo na jego ból. Sztylet wysunął się z jego ręki, opadając na zakrwawioną podłogę razem z kawałkiem bladej skóry naznaczonej znakiem Czarnego Pana. Otworzył szeroko oczy. Zdezorientowany rozejrzał się po swoim pokoju prefekta. Podniósł się do siadu, przetarł oczy i spojrzał na swoje ręce. Były zupełnie czyste, na lewym nadgarstku wciąż widniał wyblakły, mroczny znak. Marmurowa podłoga lśniła zielenią w blasku ognia, tlącego się w kominku. Drzwi były zamknięte. Odetchnął z ulgą, opadając na poduszki.  Jest w Hogwarcie. Przetarł twarz dłońmi. Znowu ten sam sen. Odkąd Lucjusz trafił do Azkabanu Dracona wciąż nawiedzały te potworne obrazy. Martwa Narcyza, ojciec, on jako morderca i Nagini w kącie jego pokoju. Ale dzisiaj… dzisiaj było coś nowego. Harry. Co do tego wszystkiego ma Potter? Zmarszczył brwi, znów siadając na łóżku. Harry jako jedyny środek na uśmierzenie bólu? Jak ma to rozumieć? Jako żart wyobraźni, która podsuwała mu te irracjonalne obrazy czy jako swoje podświadome pragnienie? Potter, bohaterski Gryfon mógłby załagodzić jego cierpienia? Szczerze w to wątpił. Prychnął, kręcąc w niedowierzaniu głową. Zasnął zaraz po kąpieli. Zerknął na zegar. Dopiero dwudziesta. Szybko wciągnął na siebie czarne jeansy i wełniany golf, który dostał od matki. Sięgną po kubek zimnej kawy, upijając z niego kilka łyków. Może to go otrzeźwi. Skrzywił się, odstawiając naczynie. Musi z kimś porozmawiać aby zapomnieć o koszmarze.

* * *

Harry po raz kolejny odsunął się od klejącej się do niego Ginny. Miał już tej dziewczyny serdecznie dosyć. Lubił ją, ale nie wtedy kiedy stara się napisać na jutro przeklęty esej z transmutacji, a ta włazi mu na kolana, co w efekcie kończy się pełnym kleksów pergaminem. Spojrzał błagalnie na Hermionę, która rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie, nic nie mówiąc.
- Wychodzę – warknął, podnosząc się z kanapy. Ginny złapała go za rękę.
- O tej porze? Gdzie? – zapytała rudowłosa na co on wyrwał nadgarstek z jej uścisku po czym wzruszył ramionami i wyszedł z wierzy. Dziewczyna pewnie myślała, że po wojnie, kiedy jego obowiązki zmaleją, zacznie poświęcać jej więcej czasu jednak… nie mógł. Powoli coraz bardziej go irytowała i coraz mniej mógł znosić jej słodkie słówka, przytulanki i inne pierdoły.  Już nawet nie wiedział czy nadal czuje do niej to co czuł jeszcze rok temu ale wiedział, że w środku… w nim, naprawdę wiele się zmieniło.
Zbiegł po schodach do sali wejściowej. Zatrzymał się na środku, rozglądając się dookoła. Nie wiedział co ze sobą począć. Spojrzał na drzwi wyjściowe. Jeśli wyjdzie to gdzie? W Hogsmade bez przyjaciół wcale nie jest fajnie. Mógłby odwiedzić Freda i Georga, ale posiedzi u nich godzinę i znowu będzie się nudził, a miał ochotę… zniknąć na cały wieczór. Trudno, coś wymyśli.

* * *

Draco spojrzał na pogrążonego w jakieś francuskiej lekturze Blaise’a i westchnął cicho. Chciał z nim tylko porozmawiać, a on nawet na to nie ma czasu. Przeniósł znużony wzrok na Pansy, która na przemian pisała esej z transmutacji i objadała się belgijskimi czekoladkami, przesłanymi przez Narcyzę, siedząc przed kominkiem. Westchnął jeszcze raz niepocieszony. Czasami chciałby być Gryfonem. Granger i Weasley wciąż skaczą nad Potterem jakby był z porcelany. Zerknął na Gregory'ego, który chrapał w najlepsze, ośliniając, obitą czarną skórą, kanapę. Nie wytrzymując warknął pod nosem po czym z gracją podniósł się ze swojego ulubionego fotela. Zabini oderwał się od lektury, posyłając mu pytające spojrzenie.
- Idę do herbaciarni – oznajmił oburzonym tonem, patrząc na Pansy ubabraną czekoladą.
- Jest dwudziesta pierwsza, herbaciarnia jest zamknięta – mruknął Blaise. Teraz będzie się o niego troszczył?!
- W takim razie idę do Trzech Mioteł – warknął Draco na co Parkinson wzruszyła ramionami, wkładając do ust kolejną czekoladkę.
- Weź płaszcz – przypomniał mu Zabini, na co blondyn prychnął i wyszedł z lochów. Musi zapomnieć o tym śnie i to jak najszybciej. Chyba najlepszym na to sposobem jest upicie się Ognistą Whisky. – Będzie mu zimno – stwierdził ciemnoskóry, wracając do lektury.

* * *

 Harry chuchając gorącym powietrzem na zmarznięte ręce, zerknął na pub, w którym wciąż świeciło się światło. Zaciekawiony podwinął rękaw płaszcza i pociągając nosem,spojrzał na zegarek na nadgarstku. Dwudziesta druga. Przegadał z bliźniakami aż dwie godziny ale to nie zmieniało faktu, że Ginny pewnie wciąż czatowała na niego w pokoju wspólnym Gryffindoru a on nadal naprawdę bardzo chciał uniknąć rozmowy z nią. Rozmawiał o tym z bliźniakami. Uznali, że nawet jeśli nic nie czuje do Ginny to i tak nadal należy do ich rodziny. Cieszył się, że tak to postrzegają. Gdyby Ron dowiedział się o jego rozterkach zapewne zrobiłby wszystko, aby Harry poczuł coś do młodej Weasleyówny. Prychnął pod nosem, ruszając w stronę Trzech Mioteł. Kto by pomyślał, że Fred i Geroge dojrzeją do takiego stopnia aby móc go pocieszać i mu doradzać. Poprawił szalik w barwach Gryffindoru zerkając na sklep Weasleyów. Lubił tam przychodzić szczególnie w święta. Mieli tam mnóstwo świątecznych gadżetów a kiedy wieczorem ludzie zaczynają się rozchodzić, jest tam naprawdę miło i przytulnie. Uwielbia w zimowe wieczory rozmawiać z bliźniakami w ich sklepie przy kubku gorącej czekolady. Kocha słuchać jak rudowłosi przechwalają się swoimi pomysłami, jak Fred narzeka na to, że brat nie poświęca mu już tyle czasu co kiedyś a George godzinami papla o Angelinie, która właśnie zaszła w ciążę. Bliźniaki często przyprowadzają ze sobą rocznego Teddy’ego, którego ojcem chrzestnym został Harry. Chłopiec przypomina Remusa, wtykając wszystkim w usta swoje obślinione i nadgryzione słodycze, a jednocześnie Tonks, denerwując się i zmieniając kolor włosów na krwisto czerwony. Harry z szerokim uśmiechem pchnął drzwi pubu, wchodząc do ciepłego wnętrza. Natychmiast zdjął szalik i płaszcz, rozglądając się za wolnym miejscem i znajomymi twarzami. Siedzący przy barze Hagrid uśmiechnął się i pomachał mu, na co Harry odwdzięczył się tym samym jednak jego uwagę przykuł siedzący w kącie Draco z butelką Ognistej Whisky w ręce. Bez zastanowienia podszedł do Ślizgona i usiadł naprzeciwko niego. Szare, mętne tęczówki spoczęły na jego twarzy.
- Oh, witam Potter – Draco uśmiechnął się szeroko, wyciągając rękę w stronę Harry'ego. Brunet uścisnął ją, również się uśmiechając. Dobrze zrobił przychodząc tutaj. Malfoy zapewne niebyły wstanie sam wrócić do zamku.
- Cześć Malfoy. Co tutaj robisz? – zapytał wyraźnie Harry. Miał nadzieję, że Draco nie jest pijany na tyle, aby go nie rozumieć. Blondyn spojrzał na swoją butelkę, po czym potrząsnął nią komicznie.
- Piję – odparł spokojnie. Najwyraźniej alkohol go uspokajał i Draco nie miał zamiaru wypominać Harry’emu, że zadaje bezmyślne pytania.
- Racja – przytaknął Gryfon. – A dlaczego? Jeśli mogę wiedzieć – zapytał na co Malfoy przygasł nieco, przesuwając spojrzenie na stół. Harry powiesił płaszcz na oparciu swojego krzesła, świdrując blondyna ponaglającym spojrzeniem. W końcu Draco spojrzał na Harry'ego, a w jego oczach czaiły się łzy.
- Potter, jak na Salazara sobie z tym radzisz? – zapytał, jednak zaskoczony Gryfon nie zrozumiał pytania. – Jak wytrzymujesz świadomość, że twoich rodziców nie ma, że twoja rodzina traktuje cię jak śmiecia, że najbliższe osoby jakie masz to przyjaciele i gajowy? – Draco przetarł energicznie oczy, starając się nie rozpłakać. Kiedy zobaczył Harry'ego, coś w nim pękło. Może naprawdę Potter był jego lekiem na ten lodowaty ból głęboko w sercu. – Nie mam pojęcia jak to robisz. Jesteś taki beztroski i szczęśliwy mimo wszystko co ci się przytrafiło, a ja nie mogę wytrzymać depresji matki i wyroku ojca. – Harry położył rękę na ramieniu Draco.
- Chodź na zewnątrz – zaproponował brunet. – Może trochę wytrzeźwiejesz – wstał ze swojego krzesła, sięgając po płaszcz, po czym pomógł wstać Malfoy'owi, który miał z tym nielichy problem. Musiało stać się coś strasznego skoro Draco tak otwarcie o to zapytał. A może to po prostu alkohol? Po drodze do drzwi uśmiechnął się do Hagrida uspokajająco i zapłacił Madame Rosmercie. – Nie masz kurtki? – zapytał na co Draco zaprzeczył ruchem głowy. Harry westchnął po czym wyprowadził Ślizgona na zewnątrz. Wciąż podtrzymując go za łokieć zarzucił na jego ramiona swój płaszcz a szyję owinął szalikiem. Draco spojrzał na materiał a widząc złoto i purpurę skrzywił się ostentacyjnie. – Nie rób tak, bo nie wiem czy chcesz wymiotować czy po prostu chodzi o kolory – upomniał blondyna.
- To ci powiem, że o kolory, Potter – odparł Draco, opierając się o ścianę Trzech Mioteł i wyrzucając na drogę pustą butelkę po Whisky.
- No więc o co chodzi? – zapytał Harry. Ciekaw był co dręczy Draco na tyle, że stara się upić do nieprzytomności. Eh, szlag by trafił jego bohaterską naturę i Gryfońską dobroć.
- Miałem sen - zaczął Draco po czym przerwał, zrywając z siebie szalik Harry'ego. – Od czasu kiedy ojciec trafił do Azkabanu, wciąż śni mi się ten sam sen – znów przerwał, sięgając po szal, który oddał Harry’emu na co Gryfon zachichotał. – Zimno – wyjaśnił Draco. - Śni mi się, że jestem w moim starym pokoju w MalfoyManor, zupełnie nagi. Na łóżku leży moja ulubiona kołdra w kolorze indygo. Moja matka popełnia samobójstwo, wiesza się… na drzwiach mojego pokoju. Płaczę, mam zakrwawione ręce. Obok łóżka leży ciało ojca z jego sztyletem w piersi. Zabiłem go. Cała podłoga jest zakrwawiona, a ja wstaję i do niego podchodzę. Klękam przy nim i wtedy zauważam Nagini śpiącą w kącie. Wyjmuję sztylet z piersi ojca i przykładam do lewego nadgarstka. Odcinam sobie skórę, na której mam mroczny znak, po czym się budzę – opowiedział Draco. Miał w sobie na tyle zdrowego rozsądku, że nie wspomniał tej części o Harrym. Nagle poczuł nieprzyjemne zawirowania w brzuchu, pochylił się i zwymiotował. Sam nie wiedział czy za sprawą alkoholu czy scen ze snu. Harry szybko odgarną mu włosy z czoła i zaczął głaskać po plecach.
- Chodź do Hogwartu – zakomenderował, kiedy Malfoy wyrzucił z siebie wszystko. – No chodź – objął blondyna w pasie i powoli zaczęli iść w stronę szkoły. Harry, mimo że nic nie powiedział, myślał o śnie Draco i chyba już znał odpowiedź. Bądź co bądź po siedmiu latach miał wprawę w interpretowaniu wizji i snów
- Jestem zhańbiony i pijany, a pomaga mi waleczny Gryfon. Jak nisko upadłem? – mruknął Draco, rzucając Harry’emu nieśmiały uśmiech.